|
||
|
Artykuły
Zasoby
Liczba odwiedzin |
Reset Internetu
Blog 2010-08-27 22:32 Blog, Czasopisma, Internet, Przechowywanie danych, Tworzenie stron WWW
Zanim Tim Berners-Lee stworzył podwaliny WWW, na świecie prowadzono już próby stworzenia systemów o dużo większych możliwościach. Na przykład system Xanadu pozwalał jednoznacznie identyfikować serwery i zasoby, łatwo wyszukiwać materiały, przechowywać dokumenty w sposób nadmiarowy oraz – co najważniejsze – w sposób trwały łączyć informacje odnośnikami. W systemie Xanadu nie istnieje odpowiednik błędu 404, gdyż nigdy nie dochodzi do sytuacji, w której zasób (wskazywany przez jakiś odnośnik) znika bez śladu. Każdy z moich Czytelników orientuje się chyba, że ten niezwykle funkcjonalny, ale też skomplikowany system nie został szeroko rozpowszechniony. Od blisko 20 lat używamy protokołu HTTP, nie zapewniającego żadnej kontroli nad spójnością informacji. Odnośnik, który dziś umieścimy w tworzonym dokumencie, jutro może wskazywać na zupełnie inną stronę, a pojutrze — prowadzić donikąd. Co gorsza, o problemach z jego funkcjonowaniem nie dowiemy się, dopóki ktoś nie spróbuje z niego skorzystać. Nic dziwnego zatem, że znany publicysta PC Magazine, John Dvorak, narzeka, że Internet zamienił się w gigantyczny śmietnik, zawierający materiały, o które nikt nie dba. Tymczasowo przechowane w Sieci zdjęcia, założone testowo serwisy WWW, blogi, które znudziły się czytelnikom i autorom, „martwe” profile w serwisach społecznościowych — to wszystko nie tylko zajmuje miejsce na serwerach, ale zaśmieca też wyniki wyszukiwania informacji, wodzi na manowce ślepymi odnośnikami i upublicznia prywatne informacje, o których publikacji autorzy i właściciele być może w ogóle już nie pamiętają. Problem w tym, że proponowane przez niego rozwiązanie jest nierealne i absurdalne. Jaki byłby cel w zarchiwizowaniu całej zawartości WWW, wykasowaniu serwerów i tworzenia wszystkiego od nowa? Bez drastycznych zmian w sposobie przechowywania i łączenia informacji – na przykład zastąpienia systemu WWW czymś na wzór Xanadu – Internet szybko stałby się tak samo zabałaganiony, jak przed „wielką czystką”. Stałby się też uboższy, nie można bowiem zakładać, że zapomniane, nie aktualizowane od dawna strony WWW są bezużyteczne. Owszem, zawarte w nich odnośniki mogą być niepoprawne, nie umniejsza to jednak znaczenia samej treści. Czy bowiem wyrzucamy stare książki co kilka lat, zastępując je nowszymi, potencjalnie bardziej aktualnymi? Ciekawym pytaniem, narzucającym się po lekturze artykułu, jest to, czy opuszczone strony i blogi powinny być – po okresie dłuższej nieaktywności – automatycznie likwidowane. Z jednej strony ograniczałoby to „bałagan” w Internecie: niepoważne wprawki domorosłych autorów blogów znikałyby po kilku miesiącach lub latach od momentu znudzenia się twórcy. Z drugiej jednak niektóre zapomniane strony zawierają ciekawe treści, których usunięcie byłoby szkodą dla wiedzy zgromadzonej w Internecie. Skrajnym przypadkiem są zaś materiały zgromadzone przez osoby, które odeszły z tego świata — czy w kilka miesięcy później pamięć o nich ma być zacierana likwidacją zamieszczonych przez nich za życia treści? Najśmieszniejsze w całej sprawie jest to, że Autor artykułu, krytykując nadmiar niedokończonych i zapomnianych stron WWW… sam przyczynił się do powstawania takiego bałaganu! Bez skrępowania pisze on o kilku blogach, które założył i opuścił oraz o usługach, z których próbował korzystać i z których zrezygnował, pozostawiając w Sieci różnego rodzaju wirtualne śmieci. Tymczasem zamiast pokajać się i usunąć własny bałagan, nawołuje do skasowania wszystkiego i zaczęcia od nowa, nie biorąc pod uwagę, że każdego dnia rodzą się dziesiątki lub setki Internautów, którzy w przyszłości będą się uczyć na własnych błędach, pozostawiając za sobą megabajty bzdur. Komentarzy: 3 Ostatni dodany 2010-09-02 o 13:59 przez:
Filmy, filmy, filmy
Blog 2010-08-26 20:52 Blog, Media, Naprawianie świata, Rozrywka
W przedwczorajszym wpisie argumentowałem, że mikrokomputer osobisty nie powinien służyć do oglądania filmów. Przyszło mi to tym łatwiej, że nie przepadam za filmami, a oglądanie większości z nich uważam za czystą stratę czasu. Zacząłem się przy tym jednak zastanawiać, czy szeroko rozpowszechniony proceder nielegalnego rozprowadzania kopii filmów przez Internet nie powoduje przypadkiem degeneracji rynku. Skoro wszystko jest za darmo, nie liczy się tak naprawdę, czy produkt wart był swojej ceny; darowanemu koniowi przecież nie patrzy się w zęby. Zamiast poważnej krytyki, rozwoju działów filmowych w czasopismach, orientowania się wśród znajomych na co warto pójść — mamy sieci P2P i komentarze na stronach z torrentami: „trochę nudny, ale fajne efekty, można oglądnąć”. Ja sam bardzo cenię swój czas, a wręcz wolę się „ponudzić” czytając coś lub układając pasjansa, niż oglądnąć w tym czasie jakiś niezbyt ciekawy film. Tym trudniej zrozumieć mi tych, którzy regularnie – czasem wręcz codziennie – oglądają filmy. Owszem, oglądnięcie Dwunastu gniewnych ludzi, Siedmiu samurajów czy Ojca chrzestnego – by wymienić tylko kilka z filmów, które uważam za wyjątkowe – to olbrzymia przyjemność. Niezależnie od indywidualnych preferencji, ileż jest jednak takich wartościowych filmów? Wątpię, by było ich wystarczająco dużo, by – nawet zakładając chęć dwu- lub trzykrotnego oglądnięcia każdego z nich – wystarczyło na więcej niż sto czy dwieście seansów. Można doliczyć jeszcze filmy nieco mniej wartościowe, lecz nawet w ten sposób trudno zapewnić sobie wystarczająco dużo materiału, by oglądać jeden film co dwa-trzy dni przez kilka lat. Ciekaw jestem, czy gdyby nielegalne rozpowszechnianie kopii filmów było bezwzględnie niemożliwe, przywiązywalibyśmy większą wagę do jakości tego, co oglądamy? Czy gdyby oglądnięcie filmu nieodmiennie wiązało się z pójściem do kina lub zapłaceniem za wypożyczenie (choćby z wykorzystaniem internetowej wypożyczalni on-line, opisanej przeze mnie poprzednio), poświęcalibyśmy więcej czasu na przeczytanie recenzji tego, co zamierzamy oglądnąć lub czegoś, na co warto wybrać się w przyszłości? A przede wszystkim — w którą stronę poszedłby przemysł filmowy, gdyby filmy były uważniej wybierane przez publiczność, a nie oglądane dla zabicia czasu? Oczywiście, nie ma co liczyć na zmniejszenie komercjalizacji kina – gusta ludzi są przecież z grubsza niezmienne – lecz może rzadziej powstawałyby najmniej wartościowe „dzieła”. Najciekawsze jest jednak to, co by się stało z wolnym czasem wielu ludzi, obecnie przeznaczanym właśnie na oglądanie coraz to kolejnych, ściąganych na pęczki z Internetu filmów. Komentarzy: 6 Ostatni dodany 2010-09-02 o 09:21 przez:
Czy komputer służy do oglądania filmów?
Blog 2010-08-24 15:15 Blog, Internet, Media, Multimedia, Muzyka, Rozrywka, Sieci, Sprzęt, Technologie
Co jakiś czas na grupach dyskusyjnych pojawia się pytanie o dobór sprzętu komputerowego odpowiedniego do odtwarzania filmów. Moja odpowiedź na nie jest od dawna taka sama: komputer osobisty nie powinien w ogóle służyć do tego celu. Od dawna istnieją bowiem wielofunkcyjne odtwarzacze multimedialne, będące de facto specjalizowanymi, zamkniętymi w malutkiej obudowie mikrokomputerami, wyposażonymi w zaszyte w pamięci ROM oprogramowanie mające tylko jeden cel: jak najprostsze i zajmujące najmniej czasu odtworzenie materiału multimedialnego. Pierwsze tego typu urządzenia były – jak na dzisiejsze standardy – niezmiernie ograniczone. Odtwarzać można było jedynie filmy VCD i DVD oraz muzykę z płyt CD; niektóre modele oferowały dodatkowo możliwość przeglądania galerii zdjęć. Obecnie trudno znaleźć model nie obsługujący plików AVI (wraz z co najmniej kilkoma stosowanymi w ich przypadku formatami kompresji obrazu i dźwięku), MPEG i innych, stosowanych do zapisu materiału wideo. Powszechna jest już obsługa dźwięku zapisanego w plikach MP3. Coraz rzadziej problemy sprawiają też napisy, często towarzyszące filmom niezbyt legalnego pochodzenia. Dopiero jeśli ktoś chce na ekranie telewizora przeglądać WWW i komunikować się ze znajomymi, zasadne wydaje się rozpatrywanie korzystania z pełnoprawnego komputera — choć i w tym przypadku można już znaleźć specjalizowane urządzenia dysponujące taką funkcjonalnością (a w przyszłości stanie się to pewnie standardem). Zawsze znajdzie się jednak ktoś, kto będzie argumentował, że w przypadku mikrokomputera osobistego obsługa formatów obrazu i dźwięku będzie pełniejsza, lub że można odtwarzać filmy z dysku twardego lub przez sieć (co zresztą jest możliwe i w przypadku niektórych modeli specjalizowanych odtwarzaczy). Nawet, jeżeli to prawda, to w zamian otrzymuje się cały szereg wad. Komputer osobisty zawsze będzie głośniejszy, niż stacjonarny odtwarzacz przyzwoitej klasy — choćby z racji znacznie większego poboru mocy i obecności co najmniej jednego wentylatora. Również standardowe napędy optyczne nie charakteryzują się zbyt wysoką kulturą pracy i choć z wykorzystaniem odpowiedniego oprogramowania można nieco opanować ich hałaśliwość, wciąż daleko im będzie do zamontowanych na gumowym zawieszeniu, niskoobrotowych napędów dobrych odtwarzaczy. Pomijam już kwestię estetyki komputera (nawet przenośnego) stojącego w salonie lub innym reprezentacyjnym pomieszczeniu służącym rozrywce. Obawiam się, że powodem tak chętnego wykorzystywania komputera do odtwarzania filmów jest tak naprawdę oglądanie kopii pobranych z Internetu. Owszem, jestem w stanie wyobrazić sobie kinomana, który co chwilę kupuje nowy film, regularnie powraca do starszych nabytków i dla którego jedynym sposobem zapanowania nad rozrastającą się kolekcją jest przechowywanie wszystkiego na jednym dysku twardym. Czy jednak typowy konsument sztuki filmowej, kupujący w najlepszym przypadku po kilka płyt rocznie, potrzebuje dostępnej non-stop biblioteki multimediów, możliwości odtwarzania filmów przez sieć oraz elastyczności obsługi różnorodnych formatów kompresji obrazu wideo? Najczęściej nie — są to jednak podstawowe cechy potrzebne do wygodnego oglądania filmów, które zostały pobrane z Sieci, nie będą zapisane na nośniku optycznym i mogą być niezmiernie tanio gromadzone w dziesiątkach i setkach na dyskach twardych. Na Zachodzie problem kupowania i oglądania filmów rozwiązuje się obecnie tworząc wypożyczalnie. Ale nie wypożyczalnie w starym tego słowa znaczeniu, z których przynosi się do domu najzwyklejszą płytę DVD, ogląda do woli przez określony czas po czym znów odnosi, ewentualnie biorąc od razu kolejny film. Aby skorzystać z nowoczesnej wypożyczalni, kupuje się terminal wideo, podłącza do Internetu i aktywuje subskrypcję. Od tego momentu nie trzeba się martwić płytami, dyskami i magazynami — po prostu ogląda się wybrane filmy. Dzięki brakowi fizycznych placówek cena za „wypożyczenie” filmu jest niewielka, przez co początkowa inwestycja w urządzenie szybko się zwróci. Nie trzeba też nigdzie chodzić i szukać drobnych: ogląda się dowolnie wybrany film, co najwyżej zamawiając go wcześniej (by mógł zostać pobrany do bufora urządzenia), przez cały czas ma się kontrolę nad wydatkami, a raz na miesiąc reguluje się rachunek przelewem elektronicznym. Za dodatkową opłatą można też otrzymać również nieograniczoną (przez miesiąc) możliwość oglądania wybranych seriali i programów telewizyjnych. Niestety, nie wróżę – przynajmniej na razie – wielkiej popularności tego typu usługom w Polsce. Najgłośniej dyskutowaną kwestią mogłoby się okazać to, czy łatwo jest skopiować sobie film przechowywany w buforze urządzenia, podzielić się nim ze znajomymi lub dać ściągnąć innym. Obawiam się też, że ci, którzy obecnie oglądają najwięcej filmów, nie byliby wcale skłonni płacić za swoje hobby — choćby nawet nie musieli dzięki temu inwestować w sprzęt komputerowy i mogli cieszyć się lepszą jakością obrazu i dźwięku. Komentarzy: 10 Ostatni dodany 2010-08-28 o 16:04 przez:
Czemu służą długie adresy URI?
Blog 2010-08-23 16:58 Blog, Internet, Naprawianie świata, Tworzenie stron WWW
Od dłuższego czasu spora część (jeżeli nie większość) serwisów internetowych stosuje bezpośrednie, stałe adresy wiadomości, budowane nie na bazie unikatowych identyfikatorów wpisów w bazie danych, lecz tytułów tych wpisów. Na przykład, informacja o tym, że Britney Spears zjadła na kolację homara, zamiast pod adresem kończącym się na przykład /news/?id=12345 będzie dostępna pod adresem podobnym do /news/Britney-Spears-zjadla-homara-na-kolacje. Za każdym razem, gdy widzę taką formę adresu URI, zastanawiam się na nowo: czemu to niby służy? Rozbudowane adresy URI nie są najczęściej przeznaczone dla ludzi: przeglądarka WWW korzysta z nich, by dostać się do odpowiedniego zasobu i przekazać mu niezbędne parametry. Oczywiście, użytkownik musi dysponować możliwością wpisania znanego adresu URI i wejścia na wybraną stronę bez konieczności korzystania z serwisów wyszukujących — jednak w tym momencie pasek adresu mógłby w zasadzie nawet znikać z okna przeglądarki, jako nieprzydatny użytkownikowi szczegół techniczny i relikt czasów prostej, statycznej sieci WWW. Wyszukiwanie informacji w sposób tekstowy zawsze jest wolniejsze, niż indeksowanie liczbami. Łatwo zatem wyciągnąć wniosek, że taka forma zapisu adresów URI tylko spowalnia działanie serwerów internetowych. Byłoby to uzasadnione, gdyby zyskiwał na tym czytelnik serwisu. Tak jednak nie jest: tytuł wpisu jest pokazywany przecież w nagłówku okna przeglądarki, a najczęściej również na samej stronie i nikt przy zdrowych myślach nie będzie próbował odczytać go z paska adresu. Przy otwieraniu odnośników lub kopiowaniu ich adresów również trudno doszukać się jakiegokolwiek zysku z ich czytelniejszej dla człowieka formy. Natomiast w momencie, gdy nie można skorzystać ze schowka i trzeba przepisać odnośnik ręcznie, taka wydłużona forma może doprowadzić do furii. Jakiś czas temu korzystałem intensywnie ze zdalnego pulpitu VNC, nie oferującego synchronizacji schowka i za każdym razem, gdy trafiałem na jakiś odnośnik, musiałem przepisać go znak po znaku z pulpitu zdalnego do paska adresu uruchomionej lokalnie przeglądarki. W przypadku zwykłych, prostych adresów, składających się z kilkunastu lub kilkudziesięciu znaków, nie było żadnego problemu. Gdy jednak trafiałem na takie wydłużone monstrum, przepisanie adresu zajmowało odpowiednio więcej czasu, a ryzyko popełnienia błędu rosło niepomiernie. Długie adresy URI przeszkadzają też podczas pisaniu artykułów. Zazwyczaj staram się, by żaden z wierszy tekstu źródłowego XHTML nie był dłuższy niż 80 znaków, a okno edytora tekstu mam rozciągnięte akurat tak, by mieścił się w nim idealnie właśnie tak sformatowany tekst. Adresów URI nie wolno jednak łamać i wystarczy, by trafił się jeden o długości przekraczającej 60-70 znaków, a wygodne ogarnięcie wzrokiem całego akapitu tekstu staje się niemożliwe. Osobiście uważam, że za taką formą adresów URI nie stoi żaden argument techniczny. Powód jest chyba tylko jeden: po prostu da się. Obecnie mechanizmy typu URI rewrite są standardowym wyposażeniem każdego serwera HTTP, a korzystanie z nich jest „modne”. Owszem, czasem dobrze zastosowana wirtualna adresacja zasobów serwisu poprawia jego jakość i ukrywa niepotrzebne szczegóły implementacyjne — obawiam się jednak, że znacznie częściej, niż z dobrymi zastosowaniami mamy do czynienia po prostu z nadgorliwością. Komentarzy: 6 Ostatni dodany 2010-08-23 o 21:31 przez:
Problemy z funkcjonowaniem łącza sieciowego
Komunikaty techniczne 2010-08-22 11:11 Komunikaty techniczne
Dzisiaj od godziny 10:30 występują okresowe problemy z funkcjonowaniem sieci szkieletowej dostawcy łącza internetowego. W efekcie co jakiś czas serwis www.grush.one.pl jest niedostępny z Internetu. Powód problemów oraz czas usunięcia usterki są na razie nieznane. Czy za informacje trzeba będzie płacić?
Blog 2010-08-22 09:56 Blog, Czasopisma, Internet, Media
Stało się. Rupert Murdoch najpierw ostrzegał, a niedawno wprowadził opłaty za korzystanie z najważniejszych internetowych serwisów informacyjnych: witryn The Times oraz The Sunday Times. W ramach promocji pierwsi użytkownicy otrzymali możliwość korzystania z publikowanych treści przez 30 dni za jedynie £1; docelowo opłaty mają wynosić £1 za jeden dzień korzystania z serwisu lub £2 tygodniowego abonamentu. Około złotówki dziennie za dostęp do najświeższych informacji — taka kwota nie jest wygórowana i może być porównywana z cenami klasycznych, papierowych dzienników. Problem w tym, że Internauci przyzwyczaili się już do tego, że serwisy informacyjne dostępne są bez konieczności uiszczania jakichkolwiek opłat. Oczywiście, ich prowadzenie jest kosztowne, jednak obowiązuje przekonanie, że koszty te powinny być pokrywane w całości z reklam oraz innych profili działalności. Gdyby The Times i The Sunday Times były jedynymi – lub przynajmniej jednymi z nielicznych – serwisami informacyjnymi w Internecie, wprowadzenie opłat mogłoby przejść bez większego echa i bez znaczącego spadku liczby odwiedzin. Przy bogatej i wciąż darmowej konkurencji nie widzę jednak zbyt dużych szans na sukces. Efektem pierwszego miesiąca pobierania opłat (ich wprowadzenie nastąpiło 15 lipca) jest spadek liczby odwiedzin o 2⁄3. To w sumie nie tak tragicznie — najbardziej pesymistyczne prognozy mówiły, że płacić zdecyduje się co dziesiąty regularny czytelnik serwisów. Należy jednak wziąć pod uwagę, że mamy wciąż do czynienia z efektami przyzwyczajenia oraz promocji. Ci, którzy teraz załapali się jeszcze na miesięczną subskrypcję, mogą znaleźć satysfakcjonującą ich alternatywę w postaci innych, darmowych serwisów informacyjnych. Możliwe, że za pół roku czy rok faktycznie liczba odwiedzin spadnie do 10% dotychczasowej. Czy oznacza to, że w Internecie nie ma miejsca na płatne informacje? Bynajmniej. Niektóre grupy zawodowe nie będą w ogóle przejmowały się tak drobnymi opłatami. Makler giełdowy, analityk przedsiębiorstwa czy rzecznik ministerstwa na pewno nie będzie płakał z powodu miesięcznej opłaty £8, jeżeli w zamian otrzyma informacje wysokiej jakości, w formie, do której jest przyzwyczajony od lat. Dla kogoś, kto potrzebuje informacji, by zarabiać, płacenie za jakość będzie naturalne i opłacalne. W przypadku „zwykłych zjadaczy chleba” decyzja nie będzie tak prosta. Po pierwsze, istnieje szeroki wybór serwisów informacyjnych i jest mało prawdopodobne, by w najbliższej przyszłości wszystkie stały się płatne. Po drugie, przeciętny czytelnik nie jest przywiązany do jakiejś konkretnej formy prezentacji informacji i chętnie zmieni swoje przyzwyczajenia, jeżeli dzięki temu oszczędzi nieco pieniędzy. Po trzecie zaś, powszechność darmowej informacji powoduje, że płatne serwisy są uznawane za ciekawostkę, którą należy jednak omijać jak najszerszym łukiem. W Polsce istnieją już pojedyncze serwisy, wymagające uiszczenia zapłaty za dostęp do wybranych materiałów. Wielkie portale internetowe wciąż jednak udostępniają swoje treści za darmo i choć istnieją już plany wprowadzenia płatnych działów specjalnych, nie oczekiwałbym pełnej odpłatności za dostęp do artykułów publikowanych na łamach serwisów takich jak Onet.pl czy WP.pl. Komentarzy: 3 Ostatni dodany 2010-08-22 o 23:23 przez:
Wykrywanie przyczyn uszkodzeń — bat na oszustów, oberwie się i praworządnym
Blog 2010-08-21 18:27 Apple, Blog, Elektronika, Technologie
Udzielana przez producenta długotrwała gwarancja prawidłowego działania urządzenia to jedna z bardziej interesujących konsumentów cech produktu. Nikomu przecież nie zależy, by produkt – czasem dosyć kosztowny – po kilku miesiącach zepsuł się, zmuszając do zakupu kolejnego egzemplarza. Programy gwarancyjne stanowią doskonały element promocji, a długi okres gwarancji to informacja dla klienta, że dane urządzenie jest niezawodne. Oczywiście, życzliwość producenta w zakresie naprawy lub wymiany uszkodzonych produktów bywa czasem nadużywana. Nie należą do rzadkości opowieści o próbie uzyskania wymiany gwarancyjnej urządzeń uszkodzonych ewidentnie z winy użytkownika. Szczytem wszystkiego była seria pytań na grupie dyskusyjnej pl.comp.pecet, mających na celu określenie najskuteczniejszych sposobów bezinwazyjnego i nie pozostawiającego śladów uszkodzenia podzespołów elektronicznych, w celu uzyskania wymiany mikroprocesorów i dysków twardych poprzedniej generacji na najnowsze produkty. Nic dziwnego zatem, że producenci starają się zabezpieczać przed naciągaczami. Na przykład firma Apple opracowuje technikę wykrywania urazów mechanicznych i nieautoryzowanego dostępu do urządzenia. Urządzenia korzystające z takiego mechanizmu zapisywałyby w wydzielonym, chronionym bloku pamięci informacje o wszystkich niestandardowych zdarzeniach: silnych przyspieszeniach, niewłaściwych napięciach pojawiających się na stykach gniazd, obecności cieczy wewnątrz urządzenia czy wreszcie otwieraniu obudowy. Autoryzowany serwis po otrzymaniu niesprawnego urządzenia byłby w stanie odtworzyć historię jego użytkowania i określić, czy uszkodzenie jest efektem istnienia wady fabrycznej, czy działania użytkownika. Oczywiście, producenci mają prawo bronić się przed oszustwami. Mam jednak pewne obawy, czy tego typu mechanizmy nie zostaną też wykorzystane przeciwko uczciwym użytkownikom. Wystarczy, by urządzenie raz doświadczyło upadku (bez negatywnego skutku), a każda kolejna usterka – w tym wynikająca z wady fabrycznej! – może zostać odrzucona przez serwis jako efekt niewłaściwego użytkowania. Owszem, można argumentować, że być może ujawnienie się usterki zostało spowodowane urazem mechanicznym, jednak to nie użytkownik ma udowadniać, że tak nie było. Ciekaw też jestem, jak te mechanizmy będą się miały do prawodawstwa niektórych państw. Na przykład w Polsce konsument jest chroniony podwójnie: oprócz umowy gwarancyjnej, nawiązywanej bezpośrednio z producentem lub dystrybutorem produktu, sprzedawcę obowiązuje ustawowy obowiązek zapewnienia zgodności towaru z umową, co w praktyce oznacza konieczność wymiany niesprawnych urządzeń. Bez dostępu do rejestru usterek, uszkodzenia nie podlegające wymianie w ramach gwarancji będą wciąż mogły kwalifikować urządzenie do wymiany przez sprzedawcę. Jest też bardzo prawdopodobne, że – podobnie jak w przypadku telefonów komórkowych i ich numerów IMEI czy blokad SIM – rozwinie się szybko sieć pół-legalnych punktów usługowych, oferujących kasowanie rejestru usterek. W takim przypadku mechanizm, który miał zagwarantować producentowi ochronę przed oszustwami, może stać się sposobem na utrudnienie ich wykrycia. Chyba, że punkty serwisowe przestaną wierzyć zapisom znajdującym się w rejestrze i – jak dawniej – będą szukać fizycznych śladów uszkodzeń. Tylko po co montować w takim przypadku skomplikowane i kosztowne obwody diagnostyczne? Komentarzy: 7 Ostatni dodany 2010-08-24 o 16:59 przez:
Przerwa w dostępności serwera
Komunikaty techniczne 2010-08-19 22:57 Komunikaty techniczne
Z powodu awarii w nieokreślonym miejscu sieci dostawcy łącza, serwis www.grush.one.pl był niedostępny dzisiaj w godzinach od 20:00 do 22:00. W chwili obecnej łącze wydaje się pracować całkowicie poprawnie. Niewidzialni ludzie
Blog 2010-08-18 21:09 Blog, Internet, Komunikatory, Naprawianie świata, Oprogramowanie, Poczta elektroniczna, Sieci
Poczta elektroniczna (e-mail) stanowi jeden z przełomowych wynalazków, zmieniających sposób komunikowania się ludzi i zmieniających tempo życia. Niestety, nie jest ona zbyt wiarygodnym środkiem porozumiewania się. Wysłana wiadomość nie musi dotrzeć do adresata, a o problemach z przesyłką nadawca może dowiedzieć się dopiero po paru godzinach czy dniach (lub wręcz nigdy). Nawet, jeżeli list pomyślnie dotrze pod adres docelowy, adresat może nie odebrać go ze skrzynki przez dowolnie długi czas. A jeżeli dyskusja prowadzona pocztą elektroniczną dojdzie już do skutku, jej obsługa – z koniecznością przygotowania odpowiedzi, wysłania jej z całym narzutem nagłówków, cytowanego tekstu oraz sygnatury i śledzenia wątku dyskusji – nie może być nazwana wygodną. Aby zlikwidować te wady, wymyślono komunikatory internetowe. Podstawowym celem tej klasy programów jest scalenie funkcjonalności telefonu (możliwość nawiązania kontaktu w sposób gwarantujący uzyskanie odpowiedzi) i poczty elektronicznej (porozumiewanie się za pomocą tekstu pisanego) oraz uproszczenie komunikacji. Okna rozmowy pozwalają na bieżąco śledzić wypowiedzi wszystkich stron, a wiadomości pojawiają się w nich prawie natychmiast po naciśnięciu klawisza Enter przez nadawcę. Co jednak najważniejsze, możliwe jest sprawdzenie, czy adresat siedzi akurat przy komputerze i powinien szybko udzielić odpowiedzi, czy też jest nieobecny. Zrealizowano to wprowadzając trzy podstawowe stany, w których może znajdować się program komunikatora: dostępny (pełna wola prowadzenia rozmów), nieobecny (rozmówca może nie być w stanie udzielać szybko odpowiedzi, lub wręcz przez dłuższy czas nie będzie go w pobliżu komputera) i niedostępny (komputer użytkownika jest wyłączony). Wszystko byłoby w porządku, gdyby jakiś przedsiębiorczy programista nie wpadł na pomysł, by dodać jeszcze jeden stan: niewidoczny. Osoba niewidoczna jest w stanie obserwować stan innych użytkowników i prowadzić z nimi rozmowy, dla nich jednak wydając się niedostępną. Oczywiście, można zainicjować rozmowę z osobą potencjalnie niedostępną w nadziei, że się jedynie ukrywa. Likwiduje to jednak jedną z najważniejszych cech komunikatorów internetowych: możliwość stwierdzenia, czy dana osoba jest w stanie odpowiedzieć na nasze pytanie. Jeżeli ma się do kogoś ważną sprawę, konieczną do rozpatrzenia w ciągu kilku minut, chce się natychmiast wiedzieć, czy w ogóle warto tracić czas na próbę kontaktu — inaczej rozmowa zamienia się w ciągnący się czasem przez kilkadziesiąt minut cykl pytań i odpowiedzi „jesteś?” — „jestem”. Dobry komunikator internetowy powinien być według mnie pozbawiony możliwości „ukrywania się”. Szczerze mówiąc, również wybór pomiędzy stanem pełnej dostępności i chwilowej niedostępności powinien być automatyczny: w momencie zablokowania pulpitu lub uruchomienia się wygaszacza ekranu komunikator przechodziłby w stan „nieobecny”. Tak naprawdę potrzebny jest tylko jeden przycisk, umożliwiający użytkownikowi wskazanie, że jest zajęty i nie życzy sobie niepotrzebnych rozmów. Ktoś, kto korzysta z funkcji komunikatora umożliwiającej ukrycie swojego stanu przypomina użytkownika telefonu komórkowego, który włącza urządzenie tylko wtedy, gdy chce do kogoś zadzwonić lub oczekuje kontaktu, później jednak jak najszybciej znów je wyłączając, by przypadkiem ktoś nieoczekiwany nie dodzwonił się. To może być dobra taktyka, jeżeli stosuje ją jedna osoba, gdy jednak staje się powszechnym zwyczajem, niszczy użyteczność całego środka komunikacji. Komentarzy: 8 Ostatni dodany 2010-08-21 o 12:53 przez:
Kanał RSS musi być aktualizowany na bieżąco
Blog 2010-08-16 21:21 Blog, Internet, Media, Naprawianie świata, Tworzenie stron WWW
Jedną z poważniejszych zmian w sposobie rozpowszechniania informacji w sieci WWW było wprowadzenie kanałów RSS. Dzięki rezygnacji z dowolności formy oraz narzuceniu sztywnego podziału kanału informacyjnego na wiadomości wyposażone w pola o ściśle określonym znaczeniu, możliwe stało się oderwanie informacji od ich źródła i przetwarzanie ich w czystej formie w dowolny sposób. Dobry czytnik RSS może oszczędzić aktywnemu internaucie naprawdę wiele czasu. Wykrywanie publikacji nowych informacji pozwala zapomnieć o regularnym odwiedzaniu serwisu WWW tylko w celu zerknięcia, czy też nie pojawiło się w nim coś nowego. Nadawanie etykiet umożliwia tworzenie list wiadomości przeznaczonych do późniejszej analizy lub obróbki. Wirtualne foldery pozwalają automatycznie wyszukiwać i katalogować wpisy spełniające określone kryteria. By to wszystko jednak sprawnie działało, twórcy serwisów WWW muszą zapewnić natychmiastową i regularną aktualizację kanałów informacyjnych. Wiadomość publikowana na stronach serwisu musi zostać uwzględniona w kanale RSS najpóźniej po kilku minutach — tak, by czytniki regularnie odpytujące kanał natychmiast mogły pobrać nowy wpis i poinformować czytelnika o pojawieniu się go. Tymczasem istnieje całkiem sporo kanałów RSS aktualizowanych z dużym opóźnieniem lub tylko kilka razy dziennie. Rozumiem doskonale, że tak rzadka aktualizacja pozwala silniej buforować dane i przez większość czasu serwować statyczny plik XML, co znacząco zmniejsza obciążenie serwerów obsługujących popularne serwisy informacyjne. Gdy jednak po całym dniu ciszy nagle w czytniku RSS pojawia się dwadzieścia wpisów, użytkownika nachodzą wątpliwości, czy korzystanie ze specjalizowanego programu – niezależnie od możliwości obróbki danych, którymi on dysponuje – w ogóle się opłaca, skoro „próbkując” stronę WWW serwisu można otrzymać bardziej świeże wiadomości. Apeluję zatem do administratorów serwisów informacyjnych, by zapewnili jak najczęstsze aktualizacje kanałów RSS. Owszem, zwiększy to obciążenie serwerów — mniej jednak, niż ciągłe odświeżanie strony głównej przez czytelników. Komentarzy: 1 Ostatni dodany 2010-08-16 o 22:22 przez:
|
Najnowsze informacje
Filtr
Pięć najnowszych artykułów
|
| © 2000 – 2010 Radosław Sokół Kopiowanie treści bez zgody autora zabronione. | ||